MAREK MALDIS UJAWNIA TAJEMNICE ZBRODNI LUDOBÓJSTWA W HOŁOBUTOWIE

MAREK MALDIS, dziennikarz telewizyjny. Absolwent Instytutu Historii i Instytutu Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego. Zaczynał jako reporter działu miejskiego w „Sztandarze Młodych”; obecnie komentator Telewizji Polskiej. Pracował m.in. w „Expressie Wieczornym” i w 3 Programie PR. Od 20 lat w Telewizji Polskiej. Jego firmowym programem były do niedawna „Wydarzenia tygodnia”, które stworzył i przez 10 lat prowadził w telewizyjnej Dwójce. Zrealizowane przez niego programy, reportaże i filmy telewizyjne były często wyróżniane i nagradzane, m.in. Złotym Ekranem.

Na ślad wojennego dramatu Żydów ze Stryja natrafił realizując na Ukrainie dokumentalny film dla telewizyjnej Jedynki.

Przed wojną w 35-tysięcznym Stryju żyło 12 tys. Żydów. Dziś w tym ukraińskim mieście jest ich kilkunastu, w tym tylko jeden, który urodził się przed 1939 r. Dramat ludności żydowskiej zaczął się po wkroczeniu Niemców w 1941 r. Jeszcze przed utworzeniem getta rozstrzelano w pobliskim Hołobutowie 1 tys. Żydów. Odtąd ta oddalona o 10 km od Stryja wieś stała się miejscem niemieckiego ludobójstwa.

Oblicza się, że po 1943 r. zamordowano w Hołobutowie około 14 tys. osób ze Stryja i okolic. Ponad 5 tys. wywieziono do obozu zagłady w Bełżcu. Stryjeńskie getto zlikwidowano latem 1943 r. Dziś jedynym materialnym śladem po Żydach w Stryju są ruiny synagogi.

Kamień z serca

„Jeżeli jesteś moim przyjacielem jedź do Hołobutowa! Znajdź grób i ustaw na nim duży kamień, na którym każesz wyryć słowa: «Tu leży Natan Rosen, ojciec Jakuba. Został zamordowany przez hitlerowców. Niech odpoczywa w spokoju. Szalom»”.

Ten fragment opowiadania Adama Zielińskiego pt. „Hołobutów” był jedynym pomnikiem tragedii Żydów ze Stryja sprzed 60 lat. Niedawno ich golgotę upamiętniono kamieniem z napisem – z przytoczonym wyżej cytatem. Literacka prośba autora, wyróżnionego za to opowiadanie nagrodą „Literatury”, spełniła się.

Takie małe miasto Stryj” – zatytułował wspomnienia Jerzy Jan Szulc. Lecz kiedy prezentuje mi swą książkę, opisującą lata ostatniej wojny, twierdzi, że pierwszy raz słyszy o Hołobutowie. A przecież to takie małe miasto Stryj, i przecież Hołobutów oddalony jest od niego niecałe dziesięć kilometrów. A może Szulc po prostu nie pamięta, bo w owych czasach miał niewiele ponad 10 lat? Był rówieśnikiem Zielińskiego, ale mieszkał po drugiej stronie muru stryjeńskiego getta.

Przed wojną różnice narodowościowe nie stanowiły większego problemu dla młodych mieszkańców tego miasta. Do jednej klasy chodzili Polacy, Żydzi i Rusini, jak nazywano tu Ukraińców. Osobno uczyli się tylko religii; część z nich szła słuchać księdza, na innych czekał pop, resztę zabierał rabin. Ale wśród starszych różnice były już bardziej widoczne.

W dzisiejszym Stryju jest Muzeum Historyczne Miasta, do niedawna Rewolucji. Przeglądam stare pocztówki i zdjęcia, jakie jeszcze nieco wstydliwie wykłada się w muzealnych gablotach. W nich cały urok i różnorodność tego kresowego miasta. Na najstarszych pocztówkach po ulicach paradują c.k. żołnierze. Miasto ponad sto lat było pod austriackim zaborem. Na sklepach szyldy po polsku i niemiecku. Okres międzywojenny – pocztówki tylko z polskimi napisami, i te same ulice, rynek i kościół. Ten obraz uzupełniają zdjęcia z albumów cudem ocalałych z wojennej pożogi, a potem z okresu komunizmu. Jeszcze nieeksponowane, ale jak się poprosi... – No, przeżyjcie sobie – mówi jedna z pracownic muzeum.Pejsaci Żydzi w chałatach, defilada polskich żołnierzy 11 listopada, chłopskie furmanki na miejskim rynku, w koszulach z krajkami członkowie Ukraińskiego Towarzystwa Kulturalnego przed swym domem w Stryju – zatrzymane w kadrze leniwe życie kresowego polskiego miasteczka okresu międzywojennego. Tę atmosferę znajdziemy u Juliana Stryjkowskiego (rodowity stryjanin), to miasto miało wpływ na twórczość Kornela Makuszyńskiego (też urodził się w Stryju) i Adama Zielińskiego (w Stryju od trzeciego roku życia). Ich twórczość ożywia stare pocztówki i zdjęcia; problem tylko w tym, kto w dzisiejszym Stryju zna tę literaturę?

Przy wejściu do miejskiego parku ogromne plakaty ze zdjęciami „sławnych stryjan”. Wśród kilkunastu nazwisk nie ma żadnego z trzech wcześniej wymienionych. Nic nie mówiące mi ukraińsko i rosyjsko brzmiące nazwiska. Panie z miejskiego muzeum marszczą czoło, gdy wymieniam nazwiska: Makuszyński, Stryjkowski, Zieliński. – Nie, nie znamy – mówią. – A Hołobutów? – pytam. – Macie coś dotyczącego zagłady stryjskich Żydów, przecież

TO NIE LITERATURA,

to tragiczne fakty? – Nie, nic nie mamy, Hołobutów to przecież nie Stryj, to wieś – wyjaśnia z powagą jedna z pracownic muzeum. – A Żydów w zasadzie to u nas już nie ma. – A co się z nimi stało? – dopytuję się. – No wiecie, wojna – rozkłada ręce inna pracownica muzeum i zaczyna odpakowywać drugie śniadanie dając tym znak, że nie ma na ten temat nic do dodania.

Przed wojną w 35-tysięcznym powiatowym mieście Stryj żyło 12 tysięcy Żydów. Kilka tysięcy stryjan określało się jako Ukraińcy, było kilkuset Niemców, kilkudziesięciu Węgrów, grupa Ormian, Bułgarów, Rosjan – typowa wschodniogalicyjska mieszanka narodowościowa. Dziś to miasto jest zdecydowanie ukraińskie. Pomniki Bandery i Stecki podkreślają to jeszcze mocniej, szczególnie dla przybysza z Polski. Miejscowych Polaków oblicza się na około tysiąc. Część z nich należy do Towarzystwa Kultury Polskiej w Stryju; zrzeszeni i niezrzeszeni spotykają się co tydzień w odrestaurowanym niedawno kościele Najświętszej Marii Panny, który ufundowano pod koniec XV w.

Ze stryjeńskiej synagogi pozostały ruiny. Więc kilkunastu miejscowych Żydów zbiera się w prywatnych mieszkaniach. Większość jest na emeryturze, ale uczą się hebrajskiego z nadzieją na wyjazd do Izraela. Wśród nich rodowity stryjanin jest tylko jeden – Józef Izraelowicz Foer, inni osiedlili się tu już po wojnie.

– Przeżyłem tylko dlatego, że na początku czerwca 1941 roku zmobilizowali mnie do Armii Czerwonej – opowiada Józef Foer. – Wraz z nią, po agresji niemieckiej wycofałem się ze Stryja. Gdybym został, prawdopodobnie zginąłbym w Hołobutowie, jak cała moja rodzina.

Ojciec Adama Zielińskiego, dr praw Karol Zieliński, przeniósł się z Drohobycza do Stryja na początku lat 30. Wykształcony w Wiedniu należał do elity miasta. Choć żydowskiego pochodzenia, nie uczestniczył w życiu miejscowej gminy. Indyferentny religijnie, lewicowych przekonań podkreślał swe przywiązanie do polskiej kultury. Podczas sowieckiej okupacji miasta odsunął się od życia społecznego, w którym tak aktywnie uczestniczył przed 1939 rokiem. Gdy Stryj zajęli Niemcy, był jedną z pierwszych ich ofiar; zamordowano go w Hołobutowie.

Zdewastowana klatka schodowa przedwojennej kamienicy przy ul. Pocztowej w Stryju. Powoli wraz z Adamem Zielińskim wchodzimy na pierwsze piętro. Zieliński jest tu po raz pierwszy od sześćdziesięciu lat. Co kilka stopni zatrzymuje się, dotyka ściany. Przed drzwiami na pierwszym piętrze mówi: – To tu. Ale boi się nacisnąć dzwonek. W końcu robię to ja, drzwi otwiera młody Ukrainiec.

– Czy można? – pytam. – Ten pan tu mieszkał przed wojną... – Proszę bardzo – słyszę i sam się dziwię, że tak bez problemu nas wpuszczają.

Ponadstumetrowe dawne adwokackie mieszkanie podzielone jest dziś między trzy rodziny. Nie mają pojęcia, kto tu dawniej mieszkał, nawet się tym nie interesowali. Zieliński łamanym rosyjskim się tłumaczy, lecz powojenni lokatorzy uważają, że w naszych odwiedzinach nie ma nic niestosownego. Nawet sami ciekawi są losów poprzednich gospodarzy.

– Tu była sypialnia, tu mój pokój, tu kancelaria ojca – pokazuje Zieliński. – I właśnie w niej go aresztowano. To był wrzesień 1941 roku. Zaraz po tym jak rozstrzelano pierwszych dziesięciu Żydów w Stryju, m.in. studenta Bronka Kerhera, Dunkla, Buchtbauna i inż. Szackera. Nazywało się to

„AKCJA PRZECIWKO KOMUNISTOM”.

I w tym właśnie wrześniu, to chyba była połowa miesiąca, przyszli do tego mieszkania – wspomina Zieliński. – Przyszli aresztować mojego ojca. Dokładnie pamiętam ten moment. Ojciec swą płynną niemczyzną dopytywał się, o co chodzi. Co prawda jako adwokat bronił i komunistów, ale do żadnej partii nie należał. Był oficerem armii austriackiej z czasów pierwszej wojny światowej, z frontu włoskiego wyniósł rany i ordery. Te ostanie pokazał hitlerowcom. Rzucili mu je w twarz, a mnie, który uczepił się ojcowskiej nogi, dotkliwie skopali.

To była pierwsza większa zorganizowana akcja przeciw ludności pochodzenia żydowskiego w Stryju. Aresztowano głównie inteligencję i ludzi coś znaczących w mieście. Około tysiąca osób. Zostali spędzeni do bożnicy, częściowo na podwórko milicji ukraińskiej przy ul. Batorego. Przez trzy dni trzymano ich pod gołym niebem, padał deszcz, a oni stali po kostki w błocie. Nie dawano im jeść, nie pozwolono spać, potrzeby fizjologiczne musieli załatwiać na miejscu. Pozostałym mieszkańcom nie wolno było się do tej grupy zbliżać.

Jakub Sobel, mieszkaniec Stryja, pamięta, że jeden z policjantów niemieckich, nazwiskiem Garber, zapytał się, który z Żydów umie się głośno modlić. Temu, kto się zgłosi, przyrzekł, że nie będzie więcej bity. Zgłosił się Kudish, który na rozkaz Garbera wlazł na beczkę, ubrał się w tałes, wziął do ręki modlitewnik i zaczął się głośno modlić. Ale Niemcy nie przestawali znęcać się nad Żydami. Po kilku chwilach zbliżyli się do beczki, na której stał Kudish, kazali mu rzucić się na ziemię pokrytą po łokieć błotem, a potem skopali go na śmierć.

Sobol opisywał tę scenę w trzy lata po wojnie zeznając przed komisją Żydowskiego Instytutu Historycznego. Zieliński ma ją do dziś przed oczyma, podobnie jak stojącego obok swego ojca. Ten elegancki do niedawna adwokat, któremu bez mała pół miasta się kłaniało, wyglądał jak nędzarz, który nie panuje nad swymi ruchami. To był szok dla jego kilkunastoletniego syna jedynaka. Nie bardzo też mógł zrozumieć, dlaczego tak wielu ludzi, pokazując palcami ojca i jego towarzyszy niedoli, śmieje się. Kiedy po trzech dniach udało mu się skrycie podejść do ojca, ten powiedział mu tylko: „Pamiętaj, ucz się”. I były to ostanie słowa, jakie usłyszał od ojca Adam Zieliński. Kolumnę Żydów poprowadzono w październiku 1941 roku w stronę Hołobutowa.

– Te ostatnie słowa ojca słyszę do tej pory – mówi Adam Zieliński. – Całe moje życie się nimi kierowałem. Po wojnie skończyłem Uniwersytety Warszawski i Jagielloński. W 1956 roku wyemigrowałem do Wiednia, obroniłem doktorat, a kiedy finansowo stanąłem na nogi, zacząłem robić to, o czym zawsze marzyłem – pisać.

I NAPISAŁEM O HOŁOBUTOWIE,

bo to mi ciągle nie dawało spokoju. Nie dawał mi spokoju fakt, że o tej miejscowości cały świat zapomniał, a tam przecież jest pomordowanych kilkanaście tysięcy ludzi.

„Widziałem przecież własnymi oczami – wspomina bohater opowiadania Zielińskiego – cała droga do Hołobutowa, dokąd ich prowadzono, pokryta została niezliczoną ilością cygarniczek, wiecznych piór, okularów, notatek, teczek, kapeluszy, pudełeczek na lekarstwa, kamizelek, a nawet pojedynczych, widocznie zgubionych w drodze butów... Im bliżej Hołobutowa tym więcej przedmiotów na drodze! Ciężko im było maszerować, więc wyrzucali, aby sobie ulżyć, wszystko, co popadło. Kiedy zrozumieli dokąd ich prowadzą, rzucali nawet pieniądze! Tyle że te pieczołowicie zbierali ci, którzy przemarsz obserwowali stojąc na skraju drogi, milcząc jakby skamienieli. I właśnie w tym Hołobutowie ślad po nieszczęśnikach zaginął”.

Lasek poprzecinany jarami pod Hołobutowem jest dziś miejscem, gdzie wyrzuca się śmieci: stare żelastwa, zardzewiałe druty, plastikowe i kartonowe opakowania, stare ubrania, a raczej ich resztki. To nie jest zwykłe wysypisko śmieci, ale to co niepotrzebne w domu wyrzuca się właśnie tutaj. Dawniej wydobywano stąd glinę i zawożono do pobliskiej cegielni. Ale gdy w 1944 roku przyszli Sowieci, oficer NKWD zabronił wybierać glinę. I tylko dzięki nieznanemu enkawudziście szczątki zgładzonych Żydów pozostały w Hołobutowie. Gdy jest deszczowa pora, woda je wypłukuje. Reporterka austriackiej telewizji omal nie zemdlała, gdy oprowadzałem ją podczas deszczu po jarach Hołobutowa. Nadepnęła na ludzką czaszkę. Zieliński stał jak skamieniały, kiedy miejscowy chłop opowiadał mu,

JAK ROZSTRZELIWANO ŻYDÓW.

Ale w 1941 roku kolby oprawców odgoniły go od konwoju prowadzonych do Hołobutowa. Nie wiedział, co stanie się z jego ojcem, ale wiedział już, że on, jak i jego rodzina, są teraz łowną zwierzyną. Po aresztowaniu ojca musieli z matką opuścić mieszkanie. Udało mu się jeszcze zakopać w piwnicy włożone w metalowy wojskowy pojemnik na maskę przeciwgazową chłopięce skarby – pamiętnik, zdjęcia rodziców i koleżanki z klasy. – To jedyne co pozostało mi z tych czasów – mówi Zieliński, gdy jesteśmy w piwnicy domu, w którym mieszkał przed sześćdziesięciu laty. Kopiemy wraz z obecnymi lokatorami jego dawnego mieszkania, ale nic nie znajdujemy.

Zieliński dobrze pamięta moment, gdy po wywiezieniu ojca do Hołobutowa powrócił ukradkiem do tego mieszkania. To było dwa dni po tym, jak kazano im się stąd wynosić z dobytkiem, który mogli unieść w ręku. Jeszcze nikt mieszkania nie zajął, ale już ktoś w nim buszował. Ściany były porozpruwane, klepka z podłogi odbita, wszędzie fruwało pierze z pościeli. Sąsiedzi szukali kosztowności. Tak wyglądały niemal wszystkie pożydowskie mieszkania w Stryju. Wtedy to był szok. Po sześćdziesięciu latach przeżył drugi, a wydawało się, że po tylu przejściach nie będzie się już niczemu dziwił.

Kiedy wpatrujemy się w wiejską drogę prowadzącą z Hołobutowa do pobliskiego lasu, widzimy starego chłopa jadącego na rowerze. Zatrzymujemy go. Pytam, wskazując w stronę lasu: – Wie pan, co tu się działo w czasie wojny? – Wiem, Żydów rozstrzeliwano. – A skąd pan to wie? – Widziałem to dokładnie, pasałem wtedy na tych łąkach krowy, miałem trzynaście lat.

Idziemy we trójkę w stronę pierwszego zagajnika, wdrapujemy się na niewielkie wzgórze, za którym kryje się porośnięty drzewami jar i słuchamy: – Widzicie ten jar? Tu są pochowani Żydzi – mówi nasz przewodnik Teodor Wasylewicz Janyszyn. – Takich jarów jest dziewięć i wszędzie są trupy. Leżą płytko, bo nie było czasu ich zakopywać. Ledwo przysypani byli ziemią, dlatego po egzekucjach długo ta ziemia się ruszała, jakby falowała, bo nie wszystkich od razu kule zabiły, ale rannych grzebano z zabitymi.

Janyszyn robi ruch ręka, jakby chciał naśladować morskie fale. – Tak się ta ziemia ruszała po każdej egzekucji – powtarza. – Niemcy, oficerowie siedzieli przy stole, palili papierosy, a wojsko rozstrzeliwało po kilkunastu przez pół dnia, trrrach i następni. – Tym razem Janyszyn stara się naśladować dźwięk karabinowej salwy. – Trrrach i następni – powtarza beznamiętnie.

Jaki to był dzień, kiedy przyprowadzono tych pierwszych – świeciło słońce, czy padał deszcz, Żydzi szli, czy biegli, byli ubrani czy nie? – Adam Zieliński pytając mimowolnie naśladuje naszego świadka; pokazuje na niebo, na ubranie, biegnie w miejscu, jakby tymi ruchami chciał zatrzeć swoje zdenerwowanie.

– Pierwszą grupę pamiętam dokładnie, słońce było jak dziś, była pogoda – beznamiętnie wyjaśnia Jakimiszyn. – Niemcy doprowadzali Żydów na skraj jaru, kazali się ustawiać w jednej linii i trrrach... Ci pierwsi byli ubrani. Ale następnym, a rozstrzeliwali tu przez dwa lata, kazali się przed egzekucją rozbierać. – Dlaczego? – pytam. – Bo okoliczna ludność w nocy rozkopywała ziemię i szukała przy trupach wartościowych rzeczy – wyjaśnia Janyszyn – ale i potem przy nagich trupach też grzebali, szukali złotych zębów, kolczyków, obrączek.

– Czuję się gorzej niż wtedy, gdy zobaczyłem nasze splądrowane mieszkanie w Stryju – mówi Zieliński. Podchodzi do drzewa rosnącego przy jarze, gdzie rozstrzelano jego ojca, łamie gałąź. – To drzewo wyrosło z gleby użyźnionej jego krwią – mówi. A ja przypominam sobie wątek z opowiadania Zielińskiego, w którym jeden z mieszkańców Hołobutowa dziwi się swojemu sąsiadowi: „Pole przylegające do wsi jest moje! Kociubińskiego wlecze się do lasu. Teraz patrzcie: na moim ledwo, ledwo zielono. A u niego? Jak zaczarowane! Krzak przy krzaku! Tylko pluć, bo chyba czort się za tym kryje...”.

To pole w imaginacji autora opowiadania użyźnione było

PROCHAMI ZAMORDOWANYCH

Żydów. Literatura oparta na faktach miesza mi się tu z faktami wziętymi z literatury. Adam Zieliński po ucieczce ze Stryja ukrywał sie we Lwowie pod nazwiskiem Kociubiński. Wtedy nie wiedział, że tak nazywał się ukraiński pisarz, który dziś ma swą ulicę we Lwowie.

Getto w Stryju powstało wiosną 1942 roku, choć już wcześniej Żydzi zostali zmuszeni do opuszczenia swych mieszkań i przeniesienia się do wyznaczonego im kwartału w mieście. Według różnych szacunków stłoczonych było tam około 15 tys. Żydów ze Stryja oraz z okolicznych wsi i miasteczek. Historia stryjeńskiego getta nie doczekała się jeszcze historycznej monografii. Jego dzieje trzeba w zasadzie odtwarzać z nielicznych, spisanych zaraz po wojnie, relacji i dzisiejszych wspomnień ostatnich świadków tamtych zdarzeń.

W rok po pierwszej akcji przeciwko stryjskim Żydom nastąpiła druga. O 6.00 żandarmeria niemiecka wraz z ukraińską milicją wkroczyły do getta. Przez trzy dni trwały łapanki i gwałty, w których niechlubną rolę odegrała milicja żydowska pomagając Niemcom i Ukraińcom w wyłapywaniu ukrywających się ziomków. Uzbrojeni w drewniane pałki lub pejcze mieli pilnować porządku. Podlegali bezpośrednio samorządowi żydowskiemu w getcie. Ale byli przez jego mieszkańców znienawidzeni na równi z Niemcami, a może nawet bardziej. „Najwięcej się bałam milicjantów żydowskich, bo widziałam, jak bili nasze dzieci nahajkami” – zeznała tuż po wojnie Heda Stols, mała mieszkanka

STRYJEŃSKIEGO GETTA.

550 Żydów zabito na miejscu, 5 tysięcy załadowano do wagonów, po 150 osób do jednego, i skierowano do obozu zagłady w Bełżcu. Jednym z „pasażerów” był Adam Zieliński. Ale udało mu się uciec. Owinięty w bandaże, stare swetry, mając na sobie potrójne spodnie – wszystko, by zamortyzować upadek – wyskoczył z pociągu. Konwojenci nie zauważyli, nie strzelali, choć wcześniejszym próbom ucieczek zawsze towarzyszyła strzelanina.

Zieliński wracał do Stryja nocami, idąc wzdłuż torów. W getcie ukrywał się wraz z matką i tak przeżyli kolejną akcję. Scenariusz był podobny do tego sprzed miesiąca: otoczenie getta nad ranem i wyciąganie z domów, bicie, nieludzkie krzyki i strzały. Zieliński z matką i kilkoma rodzinami ukryli się we wcześniej przygotowanym bunkrze. Kilkanaście osób, w tym małe dzieci. Opis tego dramatu znajduje się też w relacji Sydonii Ebner w Żydowskim Instytucie Historycznym: „Ponieważ nie mogli wychodzić dla załatwienia funkcji fizjologicznych, siedzieli we własnym kale. Trzyletniemu chłopczykowi dali rodzice środek nasenny, by mógł to przetrzymać. Mimo to chłopczyk płakał usychając z pragnienia. Wtedy zwilżyli mu rodzice usta moczem. Przytem paniczny strach ogarniał ludzi, bo dziecko jęczało, a tu z zewnątrz dochodził odgłos opukiwania ścian. Tym razem matka zatkała usta dziecku swą dłonią. Kiedy ją odjęła, dziecko już nie oddychało”.

– Ta sprawa była bardzo głośna w getcie – mówi Zieliński. Matka tego dziecka zwariowała. Ja ze swoją postanowiłem nie czekać następnej akcji. Uciekliśmy do Lwowa.

Getto w Stryju zostało zlikwidowane w sierpniu 1943 roku. Co kilka miesięcy wstrząsane było nową akcją eksterminacyjną. W ich wyniku część jego mieszkańców unicestwiono w Hołobutowie, a część skierowano do Bełżca.

W ucieczce Zielińskiego i jego matki pomogła dawna ich gosposia, Polka. Dała odpowiednie ubranie, zaopatrzyła w żywność, zaprowadziła na stację, wsadziła do pociągu jako własną rodzinę. Ale na dworcu we Lwowie to właśnie Polacy rozpoznali w nich Żydów i wskazali niemieckim żandarmom.

W Stryju za przechowywanie Żydów zostali rozstrzelani sędzia Janicki, małżeństwo Bileccy i prof. miejscowego gimnazjum Jan Fries. Wydana w Londynie broszura Kamila Barańskiego pt. „Przeminęli zagończycy, chliborowi, chasydzi...” podaje przykłady pomocy stryjskim Żydom, opisuje działanie organizacji AK „Żegota” ze Lwowa i Warszawy, przytacza też fakty przechowywania Żydów przez ukraińskie rodziny. W kilkudziesięciu relacjach spisanych po wojnie przez ocalałych ze Stryja Żydów można znaleźć opisy udzielanej im przez Polaków lub Ukraińców pomocy, ale też przeczytać, ile za tę pomoc musieli często płacić.

Dzięki pieniądzom zaszytym w ubraniu udało się Zielińskiemu uciec z więzienia na Butyrkach, dokąd trafił po aresztowaniu na dworcu, i wykraść matkę z lwowskiego getta. Dalej był Kraków i powrót do Lwowa, gdzie do końca wojny Zieliński się ukrywał, ale już sam.

– Co stało się z matką? – pytam, gdy stoimy na podwórku starej lwowskiej kamienicy, którą przez ponad rok Zieliński mógł opuszczać tylko ukradkiem. Nie chce powiedzieć, macha ręką. – Nie, to już zupełnie inna historia – odpędza pytanie. Więc znów zaglądam do jego opowiadania. „Był moment, kiedy Niemcy dobrali się do mojej matki. Jeden z nich zmuszał mnie wówczas rewolwerem do przyglądania się jej egzekucji. Do dziś nie pamiętam, czy zareagowałem krzykiem, płaczem, czy też absolutną apatią...”.

Kiedy na autorskich spotkaniach pytają go o osobiste wątki w tym opowiadaniu, Adam Zieliński unika jednoznacznych odpowiedzi. Zawsze jednak podkreśla, że to pomnik dla tych wszystkich, których tam zamordowano, jedyny jaki mu się udało stworzyć, literacki – podkreśla. Ale chciał też

UPAMIĘTNIĆ TO MIEJSCE

i w normalny sposób, oznaczyć jakąś stosowną tablicą, napisem. I dał nawet na to pieniądze. Ale w Hołobutowie nie powstało nic. Dawny znajomy ze Stryja, który wziął na ten cel pieniądze, umarł kilka lat temu w Warszawie. Jego rodzina rozsiana po świecie nic o sprawie nie wie. Zdziwieni są pytaniami na ten temat ostatni żyjący w Izraelu i w USA stryjeńscy Żydzi.

– A taki pomnik powinien powstać – mówią pytani mieszkańcy Hołobutowa. – Toż tam leżą niewinni ludzie – podkreślają, dodając zaraz, że czy coś tam będzie czy nie, zależy od władzy. Igor Bogdanowicz Tumczyszczyn, wójt Hołobutowa, też jest za upamiętnieniem miejsca, ale mityguje: –Wiecie, u nas wszędzie trupy i kości, w całej Ukrainie, taki był nasz los. Dużo tych pomników by trzeba...

Jest też „za” Józef Izraelowicz Foer, ale zaraz tłumaczy się i piętrzy trudności. – Nas tu w Stryju mało, więc co my możemy, zresztą zobaczcie – pokazuje wycinki z miejscowych gazet opisujące, jak to władze niedalekiego Sambora nie pozwoliły Żydom na renowację ich cmentarza.

Krzysztof Sawicki, polski konsul we Lwowie, słucha ze zrozumieniem. Nie zna historii Hołobutowa, ale przyrzeka pomoc. Dziękuje za książki Zielińskiego i obiecuje zabrać się z nami, gdybyśmy jeszcze raz do Hołobutowa jechali.

Jeżdżę tam przez ponad pół roku niemal co miesiąc – sam. Foer obiecał znaleźć kamień i załatwić kogoś, kto wyryłby odpowiedni napis. Ustalamy z Zielińskim, że będzie to fragment z jego opowiadania, ten z Natanem Rosenem, co prosi, by ustawić kamień. Nie powinien urazić nikogo, to w końcu literatura.

Choć na Ukrainie kamieni dużo, to jednak są wyjątkowo drogie dla pragnącego je nabyć cudzoziemca. A wyrycie napisu, szczególnie w innych niż ukraiński językach, jest nie tylko kosztowne, ale też sprawia wyjątkowe trudności. – A pisać po polsku nie należy – przestrzega ciągle Foer – bo jak kamień ma stać, to napiszcie w każdym innym języku, ale nie po polsku. Nie pamięta pan afery z cmentarzem Orląt Lwowskich? Stryj leży 80 km od Lwowa, więc tu władza ma podobne rozumowanie. A najlepiej zamiast po polsku wyryć napis po angielsku – radzi Foer na końcu. – To Ukraińcom się spodoba, bo to niby symbol wspólnej drogi do Europy, język międzynarodowy. To ich nawet mile połechce, rozumie pan.

I już prawie uległem tej logice rozumowania. Adam Zieliński dał się przekonać, pani Irena Barcz, entuzjastka ustawienia kamienia w Hołobutowie, też. Ale w pewnym momencie stop, hola, dlaczego mamy ulegać takiej presji i dziwnym argumentom? Wracamy do pierwotnej wersji. Napis ma być wyryty w językach ukraińskim, jidisz i polskim – w takiej kolejności i obok siebie. W końcu żydowscy mieszkańcy Stryja zamordowani w Hołobutowie byli polskimi obywatelami.

To rozumowanie poparł minister Andrzej Przewoźnik. – Mamy odpowiednie w tej sprawie umowy z Ukrainą, najważniejsza jest jednak dobra wola miejscowych władz – podkreśla przewodniczący Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa.

Miejscowe władze nie widzą przeszkód: kamień może stać w Hołobutowie, napis akceptujemy, głosi uchwała miejscowego sielsowieta. Dokument wymagał głosowania, uchwalono go jednogłośnie.

Eugeniusz Bielak mieszka i gospodarzy pod Bełżcem. Kamieni polnych u niego dosyć. Są nawet takie, jakich szukam – duże, granitowe. Ale Bielak nie chce ich sprzedać. Dopiero po wysłuchaniu do czego są potrzebne, proponuje, bym sobie wybrał i wzięł za darmo, który tylko chcę. Oferuje też pomoc w jego obróbce i transporcie na Ukrainę.

Półtoratonowy kamień z wyrytym fragmentem opowiadania „Hołobutów” ląduje na prywatnej lawecie mieszkańca Bełżca Zbigniewa Myszkowskiego, kolejnej osoby z łańcuszka tych, które

DOBROWOLNIE POMAGAJĄ

upamiętnić wojenny dramat w Hołobutowie. Ukraiński celnik powoli wczytuje się w urzędowe pismo wystawione w Radzie Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa: „Niniejszym zaświadczam – stwierdza w nim min. Przewoźnik – że okaziciel tego pisma przewozi kamień granitowy upamiętniający śmierć Natana Rosena oraz mieszkańców Stryja i okolic zamordowanych przez hitlerowców w latach 1941 – 1943”.

– Ten Natan Rosen to dla was kto ? – pyta celnik. – Kto to Natan Rosen? – odpowiadam zaskoczony pytaniem na pytanie. – To bliska, bardzo bliska mi osoba – wyjaśniam.

– Adam Zieliński zna niemal cały świat, prawie wszystkich – powiedział mi kiedyś Krzysztof Teodor Teoplitz, gdy poprosiłem go o charakterystykę autora „Hołobutowa”. I faktycznie Zieliński to typ światowca, który wszędzie ma znajomych, przyjaciół; niemało ich jest i w Polsce. Tych ostatnich na uroczystości hołobutowskie zaprosił przede wszystkim. Zapewniał darmowy transport, udogodnienia związane z podróżą.

Na polanie przed ścianą hołobutowskiego lasu zgromadziło się kilkadziesiąt osób. Kilka z Polski, kilkanaście z Austrii, reszta z Ukrainy – nasz wicekonsul (konsul był czymś zajęty) i rabin byli ze Lwowa, dziesięciu przepisowych Żydów do odmówienia kadiszu przyjechało ze Stryja, większość z baretkami za wojnę ojczyźnianą w klapach. Były też dzieci, miejscowa ludność z kwiatami, deszcz i wiosenne roztopy. Były modły, gra na trąbach i bandurze oraz przemówienia. Te ostatnie krótkie, bo wicekonsul, choć nie zabierał głosu, śpieszył się do Lwowa, zaproszono go na wystawę, a autobus dla wszystkich był tylko jeden.

– Pamiętasz – mówię do Adama Zielińskiego – jak staliśmy tu jesienią ubiegłego roku i słuchaliśmy w osłupieniu opowiadań świadka mordów? I pamiętasz, jak powiedziałem ci, że będzie tu kamień? Słuchając z niedowierzaniem marzyłeś: jeśli będziemy kłaść ten kamień, to chciałbym, by padał deszcz, był wiatr i było zimno. I masz, co chciałeś. Jest kamień, jest wiatr i deszcz. Może nie jest tak zimno, może kamień nie jest ustawiony dokładnie w tym miejscu, co chciałeś, nie ma też tylu przyjaciół, ilu zwykle gościsz u siebie w Wiedniu, ale...

– Ale jest mój wnuk, są mieszkańcy Hołobutowa i jest coś, co nazywa się spełnieniem – odpowiada Zieliński. A ja znów biorę do ręki jego opowiadanie i czytam zakończenie, zastanawiając się nad przenikaniem się literackiej fikcji i rzeczywistości. „Rozpadało się tak, jak by miał nastąpić nowy potop... Kto wytrzyma na Hołobutowskim polu? W niemiłosiernym deszczu rozpoczynam moją drogę powrotną najpierw do miasta, a potem... Myślę o Jakubie Rosenie i od razu wydaje mi się, że gwałtowna burza wokół nie usprawiedliwi mnie w jego oczach. (...)

Dlaczego nie ustawiłeś tam, gdzie trzeba, kamienia? Zapomniałeś o tym, że miałeś wyryć na nim owe słowo, które zażyczył sobie mój ojciec, zanim wyprowadzili go na stracenie? Sza...

– Sza... lom – przyłączę się w tej sekundzie do jego wywodu i obaj raz jeszcze, równocześnie powtórzymy je: – Szalom!”.




Links to Other Pages Related to the Trybuna Article

Trybuna article in English

Pictures from the Trybuna article

Excerpt from "Holobutow", a story by Adam Zielinski (in English)

Excerpt from "Holobutow" (in German)

Adam Zielinski's web site



Return to main Stryy ShtetLink page